Warsztaty dzikiej kuchni z Łukaszem Łuczajem

Na warsztaty dzikiej kuchni z Łukaszem Łuczajem wybierałem się od kilku lat. Profesor Łuczaj jest znanym etnobotanikiem i popularyzatorem dzikiej kuchni. Ja mam jego książkę „Dzika kuchnia” i jestem fanem jego kanału na Youtube.

Warsztaty odbyły się agroturystyce Mazurski Folwark, nieopodal Bań Mazurskich w ostatni weekend sierpnia 2025. Normalnym miejscem ich odbywania jest dom Łukasza w Pietruszej Woli na Podkarpaciu, ale ja skorzystałem, że po raz pierwszy odbyły się tak blisko mnie.

To piękne miejsce, nie leżące nawet we wsi, otoczone polami i lasami, parę ujęć możecie zobaczyć na filmie Łukasza, który jest na końcu wpisu. Wieczorem była tam głucha cisza i piękne, czarne niebo z gwiazdami, za dnia – gdakanie kur, klangor żurawi i odgłosy koni.

To były fascynujące dni. Jak oglądanie świetnego filmu przyrodniczego, tylko z możliwością dotknięcia, powąchania, spróbowania i zapytania się. I tak przez 10 godzin dziennie 🙂

Nie trzeba chodzić daleko, przejście 100 m na łące zajmuje godzinę i co chwila jest jakaś ciekawa roślina, o której można opowiedzieć.

Warsztaty dzikiej kuchni z Łukaszem Łuczajem

To opowiadanie to nie taka sucha wiedza jak na lekcji biologii – Łukasz oprócz informacji jak się nazywa roślina, jakie ma gatunki, skąd pochodzi opowiada bardzo ciekawe rzeczy o jej zastosowaniu – zarówno w kuchni, jak i w leczeniu. O tym, jak w historii była wykorzystywana (kiedyś w Polsce ludzie bardzo dużo gatunków dzikich jedli), o tym gdzie na świecie i do czego się ją stosuje. O jakiej porze roku i jaką część rośliny można zbierać i jak ją przygotować.

Po śniadaniu – kosze i łopaty w ręce i szliśmy na pole i do lasu, zrywaliśmy liście, kwiaty, nasiona, korzonki, grzyby i z tego był przyrządzany obiad. Do dyspozycji mieliśmy tylko tłuszcze, przyprawy oraz jajka, makaron i raz użyte ziemniaki.

Przygotowaliśmy kilka dań głównych oraz różne przystawki – głównie,aby poznać smak poszczególnych roślin. Wszystko przygotowywaliśmy na ognisku, co było dodatkowym utrudnieniem, ale i atrakcją.

Co się pojawiło na stole:

  • rodzaj zupy/gulaszu z zebranych warzyw dzikich – w wersji „czystej” (smakowało jak cienka grzybowa) oraz azjatyckiej z mlekiem kokosowym, pastą tom-kha,sosem sojowym. Tych warzyw było bardzo dużo i nie wszystko pamiętam-pokrzywa, podagrycznik, korzenie pięciornika gęsiego, liście babki, żółtlica, gwiazdnica, babka, korzeń kminku, ostrożeń warzywny i polny.
Gulasz warzywno-grzybowy

  • curry pakistańskie z różnych roślin z imbirem, galangal, trawą cytrynową, pastą chilli, podane z ryżem (przepis od pakistańskiego kolegi Łukasza) – bardzo ładnie zbalansowany smak, nieprzesadnie pikantne
Pakistańskie curry
  • Zapiekanka z ziemniaków, podagrycznika i mięty, przesmażonych na cebuli, ze śmietaną i masłem
Zapiekanka z ziemniaków, podagrycznika i mięty
  • Stir fry – z podagrycznika, pokrzywy (warzywa obgotowane), czosnku i imbiru, do tego jajecznica
Stir fry z jajecznicą
  • barszcz – zupa z ukiszonego barszczu zwyczajnego z jajkiem i masłem (bardzo ciekawy smak, ale nie kwaśna). Barszcz miałem okazję też spróbować w postaci nalewki – bardzo złożony i fajny smak
Barszcz z barszczu zwyczajnego


Wsród przystawek najbardziej smakował mi korzeń łopianu smażony z dodatkiem sosu sojowego. Ma konsystencję gotowanych suszonych grzybów (nóżek). Próbowaliśmy też korzeń kukuryczki, słodycze zrobione z kłącza tataraku, orzechy kotewki (przywiezione przez Łukasza z jego stawu, bo na północy ich nie ma).

Kotewka – roślina i orzechy

Osobną uwagę można poświęcić grzybom, które mnie zresztą najbardziej ciekawiły.

To też jadłem 🙂

Ostrzyłem sobie zęby, że nauczę się rozpoznawać jakieś nowe gatunki, ale dużo tego nie było. Niemniej jednak spróbowałem wielu nowych grzybów – kolczaka obłączastego, rydza świerkowego, klejaka, sromotnika bezwstydnego (a dokładnie jego modą postać – „czarcie jajo”), a także 3 rodzajów muchomorów – czerwieniejącego, czerwonego i rdzawobrązowego. Mleczaja białego i gołąbka czarniawego w końcu nie spróbowaliśmy, bo było ich za mało (to znaczy było dużo, ale bardzo robaczywych…).

Czarcie jajo – młody sromotnik bezwstydny (z lewej postać rozwinięta)

Jeśli chodzi o wrażenia smakowe to rydze były dobre, ale reszta niespecjalnie. Już wiem, co to znaczy „grzyb o umiarkowanej wartości smakowej” :). Muchomory były bardzo wygotowane,więc smakowały wodą. Najbardziej kontrowersyjny był sromotnik. Dość chrupiący i o swoisty smaku, nawet przyjemnym, ale niestety w środku tego jaja jest śluz, który nie odparowuje przy smażeniu, tylko się zagęszcza. Konsystencja tej potrawy powodowała u mnie prawie odruch wymiotny, zjadłem może łyżkę…

Napar z kwiatów krwawnika


Pozostałe warzywa – najlepszy jest podagrycznik i żółtnica oraz korzeń łopianu. Smakował mi też napar z kwiatów krwawnika (bardzo dużo różnych naparów piliśmy, np. z macierzanki, piołunu itp.). Dużo z tych warzyw to raczej zielona masa, którą można się pożywić, ale neutralna w smaku. Innym aspektem są wartości lecznicze.

Teraz naprawdę w inny sposób patrzę na trawnik jak idę na spacer :). Absolutnie warto było pojechać, aby poszerzyć swoją wiedzę z czego można skorzystać, a czego nie należy ruszać… Łukasz jest fascynującym człowiekiem z nieprawdopodobnie szeroką wiedzą i fachowym podejściem. Na te warsztaty przyjeżdżają też zazwyczaj nieprzypadkowi ludzie – interesujący się przyrodą, ziołolecznictwem, dziką kuchnią, więc czas się miło spędza wśród pasjonatów. Informacje o jego warsztatach można znaleźć na jego stronie lukaszluczaj.pl, albo na facebooku i youtube. Myślę, że jeszcze się raz wybiorę, tym razem na wiosnę.

PS. warsztaty były wegetariańskie, więc przez dwa dni zjadłem tylko 1 mrówkę